• Nie pamiętam dnia

    Nie pamiętam dnia
    ,

    Nie pamiętam dnia, w którym powstało to zdjęcie.
    I nie chcę go pamiętać. Data, nazwa miejsca, nawet pasmo górskie — wszystko to jest drugorzędne. To nie jest fotografia z kategorii „byłem tu”. To jest obraz bycia sobą — gdzieś wysoko, tam, gdzie zawsze było mi najbliżej.

    Ten portret nie zatrzymuje chwili. On zatrzymuje stan. Stan wolności, który przychodzi tylko wtedy, gdy człowiek wielokrotnie sprawdził siebie w górach, gdy zna ich rytm, ich milczenie i ich wymagania. Gdy wysokość nie onieśmiela, lecz uspokaja. Gdy śnieg, wiatr i przestrzeń przestają być wyzwaniem, a stają się naturalnym środowiskiem.

    Patrzę na tę twarz i widzę nie jeden wyjazd, lecz całe instruktorskie życie. Setki dni spędzonych na nartach, tysiące zjazdów, drogę dochodzenia do poziomu, którego nie mierzy się już techniką, lecz pewnością ruchu. Jest w tym spojrzeniu radość, ale i skupienie. Jest duma — cicha, bez potrzeby potwierdzania jej komukolwiek.

    Niebieski kombinezon stapia się z krajobrazem. Człowiek nie stoi tu przeciwko górom. On jest w nich, częścią ich przestrzeni, ich chłodu i światła. Za chwilę ruszy. Już o tym wie. Już to czuje. Myśl ucieka ku temu momentowi, w którym narty oderwą się od bezruchu, a ciało wejdzie w stan pełnej płynności — w ten szczególny przepływ, gdzie wysiłek znika, a zostaje czysta radość jazdy.

    To zdjęcie przypomina mi, kim byłem.
    I w pewnym sensie — kim wciąż jestem, gdy tylko zamknę oczy i pomyślę o śniegu pod krawędzią narty.

    Nie miejsce jest tu ważne.
    Ważne jest to, że tam, wysoko, byłem u siebie.

  • Wspomnienie o moim Tacie

    Wspomnienie o moim Tacie
    ,

    Pierwsze lekcje narciarstwa i tenisa pamiętam jak przez mgłę, ale jedno jest pewne: sport był osią życia mojego Taty – Stanisława Rażniewskiego. Narciarstwo i tenis nie były dla niego tylko dyscyplinami. Były sposobem myślenia, wychowania i pracy z ludźmi.

    Odkąd sięgam pamięcią, słyszę o Nim słowa wypowiadane z szacunkiem, często z uśmiechem i anegdotą. Dla wielu był nauczycielem z powołania, trenerem i działaczem. Dla mnie – Ojcem, który potrafił pogodzić życie rodzinne z nieustanną pracą społeczną. Wciągnął w sport także moją Mamę, a nas – synów – wychowywał od dziecka w duchu gór, wysiłku i odpowiedzialności. Dziś razem z bratem jesteśmy instruktorami. To naturalna ciągłość tej drogi.

    „Róbmy swoje” – to zdanie słyszałem od Taty setki razy. I rzeczywiście: robił swoje, cierpliwie i konsekwentnie. Prowadził lekcje wychowania fizycznego, rozwijał jeleniogórski tenis, organizował życie sportowe miasta. Korty w Jeleniej Górze w latach siedemdziesiątych tętniły życiem i gościły najlepszych polskich tenisistów. Jako dziecko spędziłem tam całe dnie – podając piłki, kibicując, ucząc się sportu i wytrwałości.

    Zimą królowały narty. Kluby, szkoły narciarskie, turystyka górska i szkolenie młodzieży tworzyły spójny system wychowania. Wieloletnia praca przyniosła efekty, które w lokalnych warunkach wydawały się niemal niemożliwe: wychowankowie Aesculapa trafili do kadr olimpijskich, a Szkoła Narciarska Aesculap została oparta w całości na „swoich” – wychowanych od dziecka.

    Ten tekst jest moim spojrzeniem – syna (pełna wersja – tutaj). Zapisem pamięci, emocji i obserwacji z bliska.
    Dlatego odsyłam Czytelników do drugiego, odrębnego tekstu – autobiograficznego artykułu Stanisława Rażniewskiego pt. Zawiłość losów i działań”, w którym autor sam opowiada o swojej drodze, wyborach i wartościach.

    Michał Rażniewski

  • Znalazłem starą fotografię

    Znalazłem starą fotografię
    ,

    To zdjęcie znalazłem zupełnie przypadkiem w jednej z moich szuflad i postanowiłem się nim z Wami podzielić – jako wspomnieniem i małym zapisem upływu czasu, przemijania (2000 rok).

    Fotografia pokazuje, jak zmienia się oblicze mojego miasta (w tle nieistniejący już w tym miejscu McDonald’s). To już kolejny podobny wpis, który powstał przy okazji przeglądania moich archiwalnych zbiorów. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że ja – i my wszyscy – jesteśmy tylko obserwatorami zmian, jakie zachodzą na ulicach.

    Jedne kamienice popadają w ruinę, inne są pieczołowicie odnawiane i restaurowane. Jedne mają mniej szczęścia, inne więcej. Starówka – generalnie – pięknieje, choć wciąż pozostaje wiele do poprawy.

    Dla mnie osobiście fascynującą historią jest obserwowanie witryn i szyldów. To właśnie tutaj zmiany galopują najszybciej. Firmy powstają i… znikają. W ich miejscu pojawiają się nowe nazwy, nowe logotypy, nowe kolory. I tak bez końca.

    Niepokoją mnie nieco pustostany – szczególnie te w samym centrum miasta. Zastanawia mnie też zalew krzykliwych reklam i billboardów, które często zasłaniają fasady kamienic.
    No cóż… idziemy z duchem czasu 😉

    Ten tekst powstał zupełnie przypadkowo – przy okazji znalezienia starej fotografii.

    Podobne – pasujące do tekstu…

  • Między ziarnem a pamięcią. Moje aparaty fotograficzne

    Między ziarnem a pamięcią. Moje aparaty fotograficzne
    ,

    Na mojej stronie prezentuję autorskie fotografie Jeleniej Góry z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To obrazy analogowe, które wyraźnie różnią się od współczesnych fotografii cyfrowych. Mają własną estetykę, własny rytm i klimat — będący połączeniem nostalgii, ziarna, pięknej głębi, ale i pewnej „niedoskonałości”. Dla jednych to wada, dla innych ogromna zaleta. Dla mnie — wartość. Do dziś bardzo się z tych zdjęć cieszę, bo mają charakter, którego nie da się podrobić presetem.

    Szczególnie pasjonowała mnie fotografia czarno-biała, wraz z całym procesem jej powstawania. Wywoływałem zdjęcia w łazience. To był czas cierpliwości, zapachu chemii i magii obrazu wyłaniającego się na papierze. Wiem, że do tego już nie wrócę. Nie planuję kolejnych prac w ciemni. Z tamtych lat pozostało mi jednak sporo negatywów oraz czarno-białych odbitek, a także kolorowych zdjęć wykonywanych na filmach oddawanych do fotolabu. Być może jeszcze przyjdzie moment, by je wyciągnąć z szuflady.

    I są jeszcze aparaty… ale o nich osobno. Zapraszam do mojego małego muzeum — miejsca, gdzie pokazuję więcej czarno-białych prac z wczesnych lat mojej fotograficznej drogi, głównie z pogranicza pejzażu miejskiego. Jelenią Górę zacząłem fotografować już w latach osiemdziesiątych — te zdjęcia również można znaleźć na mojej stronie.


    Czym fotografuję?

    Od 2007 roku jestem wierny systemowi Sony Alfa. Przez lata używałem m.in. lustrzanek Sony A100, A200 oraz A550. Od 2018 roku pracuję na aparacie Sony SLT-A68, którym wykonuję zarówno zdjęcia, jak i filmy. Korzystam z obiektywów: DT 3,5–5,6/18–70, Minolta 3,5–4,5/35–105, Minolta AF 100–300 mm 1:4,5–5,6 oraz Tokina AT-X 11–16 mm f/2.8 PRO DX II.

    Równolegle fotografuję i filmuję bezlusterkowcami Panasonic GX9 i GH3, używając obiektywów Lumix G Vario 14–45 mm F3.5–5.6 ASPH, Lumix G Vario 45–150 mm F4.0–5.6 ASPH oraz stałoogniskowego Lumix G 25 mm f/1.7 ASPH. Ostatnio do zestawu dołączyły trzy niedrogie, chińskie obiektywy stałoogniskowe systemu micro 4/3: 7artisans 12 mm f/2.8, 25 mm f/1.8 oraz 50 mm f/1.8. To był w pewnym sensie powrót do przeszłości.


    Analog wraca. Historia miesza się z teraźniejszością

    Niekiedy wracam do fotografii analogowej. Korzystam z lustrzanki Minolta Dynax 800si, najczęściej ładując do niej filmy Ilford XP2 400/36 C-41. Z czasem odkryłem, że do bezlusterkowców można z powodzeniem adaptować niemal każdy stary obiektyw — wystarczy odpowiedni adapter. I wtedy historia naprawdę spotyka się z teraźniejszością.

    Przez długi czas używałem także średnioformatowych aparatów analogowych oraz kamery na taśmę Super 8. W mojej kolekcji znajdują się m.in.:

    1. Mieszkowa Ercona z obiektywem Zeiss Tessar 1:3,5 f=105 — niezwykle solidny aparat na błony filmowe 6×9 i 6×6, produkowany w latach 1949–1956 przez VEB Zeiss Ikon Dresden.
    2. Seagull 4A — lustrzanka dwuobiektywowa wyprodukowana pod koniec lat sześćdziesiątych w Chinach (często uznawana za kopię Rolleiflexa), z obiektywem Haiou 31 1:3,5 f=75, format 6×6.
    3. Radziecka kamera QUARZ 1×8S-2 oraz projektor Ruś.

    W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych fotografowałem także aparatami: Zorkij 4, Praktica VLC, Praktica LTL 2, Praktica PLC 2, Fed 5s, Exa 1b, Lubitel 166, Pentacon SIX TL, Start 66, a już po 2000 roku — krótko Minoltą Dynax 5.


    Stare szkła, nowe życie

    Po latach poszukiwań odkryłem to, czego naprawdę mi brakowało — możliwość ponownego używania legendarnych obiektywów Rokkor, z których korzystałem ponad 30 lat temu wraz z analogowymi Minoltami SR7 i SRT100. Na szczęście ich wtedy nie sprzedałem. Trzymałem je w szafie jak chomik zapasy na zimę. Dziś wiem, że to była dobra decyzja — współczesne obiektywy tej klasy kosztują majątek.

    Manualne cudeńka wróciły do łask i robią świetne zdjęcia — trzeba tylko ustawić ostrość ręcznie. Testuję także stare radzieckie obiektywy: Jupiter 8, 9, 11, Industar 50 oraz Wołnę 9. Wszystkie te szkła, w erze bezlusterkowców, dostały nowe życie. Mocuję je do aparatów Panasonic za pomocą adapterów M39, M42 oraz Minolta MD na micro 4/3.

    Szczególnie cenię Wołnę 9 oraz Jupitera 9 — ten ostatni, z piętnastolistkową przysłoną, oferuje niesamowity bokeh i doskonale nadaje się do portretów oraz detali wyodrębnianych z tła. Nic dziwnego, że bywa na Zachodzie określany mianem „taniego rarytasu”.


    Kwintesencja. Seagull, Alpy i sens fotografii

    Na zakończenie chcę wrócić do jednego z najpiękniejszych doświadczeń fotograficznych ostatnich lat — pracy z chińską lustrzanką dwuobiektywową Seagull 4A podczas dwóch wyjazdów do Austrii: do Kaprun na lodowiec Kitzsteinhorn oraz na Wysokoalpejską Drogę Grossglockner.

    Fotografowanie analogowym średnim formatem w takich plenerach to doświadczenie zupełnie inne niż szybka praca cyfrowa. Każda klatka ma wagę. Każde spojrzenie w matówkę uspokaja. Aparat wymusza skupienie, zwolnienie tempa, uważność. Krajobrazy Alp — potężne, czyste, niemal nierealne — idealnie współgrają z analogowym obrazem zapisanym na filmie. Podobnie jak pejzaże Kotliny Jeleniogórskiej, które od lat pozostają moim fotograficznym domem.

    To właśnie w takich momentach czuję, że fotografia nie jest tylko zapisem obrazu, ale obcowaniem z materią, światłem i czasem. Z aparatami, z którymi naprawdę chciałoby się spać w jednym łóżku.

    W uzupełnieniu – zdjęcia

  • Ulica Piłsudskiego

    Ulica Piłsudskiego
    ,

    Początek ulicy Piłsudskiego (dawniej 22 Lipca) w Jeleniej Górze to jedno z tych miejsc, które od lat działają na mnie niezmiennie – niezależnie od pory roku, nastroju czy fotograficznych mód.

    Na obu zdjęciach – tym sprzed lat i tym współczesnym – spotykają się podobne warunki światła: pod słońce, z delikatną mgiełką w powietrzu. To właśnie ona buduje wrażenie przestrzeni i głębi, sprawia, że ulica przestaje być tylko ciągiem kamienic, a zaczyna oddychać, otwierać się, prowadzić wzrok gdzieś dalej.

    To jedno z moich ulubionych miejsc w mieście. Często można tu trafić na prawdziwe „fajerwerki świetlne”, które pogoda potrafi zaserwować bez zapowiedzi. Jesienią i zimą słońce wędruje nisko nad horyzontem i – jakby uparcie – wciska swoje promienie w wąską szczelinę pomiędzy kamienicami. Światło ślizga się po elewacjach, łapie sylwetki przechodniów, rysuje długie cienie na bruku.

    Na jeleniogórskiej starówce jest jeszcze kilka takich miejsc. Dla mnie – prawdziwy raj. Raj dla Michała-fotografa 🙂
    Miejsca, do których wracam bez pośpiechu, z aparatem albo tylko z myślą, że „dziś może znów się uda”.

    Stare zdjęcie wykonałem w połowie lat osiemdziesiątych, nowe – współcześnie. Dzielą je dekady, a jednak łączy coś bardzo kruchego i ulotnego: to samo światło, ten sam moment, który trwa zaledwie chwilę – i znika.

    Delikatne przenikanie (fade) – „wtedy ↔ dziś”
    Płynne przejście od fotografii archiwalnej do współczesnego ujęcia, dopasowane kadrowo i wysokościowo
  • AI – redaktor, korektor, grafik

    AI – redaktor, korektor, grafik

    Kilka słów o moim pisaniu (i o AI)

    Przez całe życie byłem przede wszystkim instruktorem narciarstwa, a nie publicystą, redaktorem czy pisarzem z dyplomem. Pisanie zawsze było dla mnie narzędziem, a nie zawodem – sposobem opisywania pracy, ludzi, wydarzeń, prowadzenia dokumentacji kursów, korespondencji, sprawozdań oraz treści na stronę internetową.
    Tworzyłem różne teksty związane z działalnością SN i SKS AESCULAP – tak, jak potrafiłem, najlepiej jak umiałem.

    Nie ukrywam: nie było to pisanie „profesjonalne” w sensie redakcyjnym. Brakowało mi warsztatu, wiedzy edytorskiej, a także czasu — bo moim zawodem było prowadzenie szkoleń narciarskich, a nie siedzenie przy klawiaturze. Przez chwilę myślałem nawet o wydaniu książki ze wspomnieniami ze Szkoły i Klubu, ale szybko zderzyłem się z realiami: koszty redakcji, korekty, składu… i temat odkładałem „na kiedyś”.

    I wtedy… przyszła era sztucznej inteligencji.

    Nagle okazało się, że mam do dyspozycji redaktora, korektora i językowego porządkowego w jednym. Narzędzie, które sprawia, że moje teksty od razu zyskują na przejrzystości, stylistyce i czytelności. To dokładnie ta pomoc, której przez lata mi brakowało — i na którą wcześniej zwyczajnie nie było mnie stać.

    Żeby było jasne i uczciwie wobec czytelników:
    👉 AI jest dziś moim redaktorem.
    Treść, wspomnienia, fakty, doświadczenia są moje — forma jest wspomagana nowoczesną technologią.

    Nie odziedziczyłem wprawdzie po prababci Helenie Mniszek literackiego talentu na miarę wielkich powieści 😉, ale dzięki AI mogę wreszcie opowiadać swoje historie czytelnie, spokojnie i bez walki z przecinkami.

    Dlatego pod nowymi tekstami pojawia się ikonka AI — żeby nikt nie miał wątpliwości, kto pomagał je redagować.
    A krytykom… cóż… niech przypną narty i pojadą dalej ⛷️😉

    I to na razie wszystko. Dla mnie ta ikonka jest „certyfikatem” jakości. Kończę, bo oczy – od wpatrywania się w literki na monitorze – po prostu bolą…

  • Miasto Jelenia Góra

    Miasto Jelenia Góra
    , ,

    Fotografuję moje miasto.

    Od lat obiektem mojego zainteresowania są jeleniogórskie kamieniczki i starówka — jej rytm, faktura, światło. Fotografuję pejzaż Jeleniej Góry niemal o każdej porze dnia i roku: pod słońce i ze słońcem za plecami, w zbliżeniach i szerokich planach, z górami uchwyconymi teleobiektywem, które potrafią nagle „przybliżyć się” do miasta i stać się jego naturalnym tłem.

    Człowiek rzadko bywa u mnie tematem pierwszoplanowym. Jeśli już się pojawia, to raczej jako sztafaż — element uzupełniający, podkreślający skalę przestrzeni, jej głębię. Małe sylwetki przechodniów wypełniające duże kadry, ruch wpisany w architekturę, życie dopisane do miejskiego pejzażu.

    Niejednokrotnie rodziły się w mojej głowie konkretne obrazy. Wychodziłem z domu z aparatem z myślą, że uwiecznię ludzi na deptakach — w otoczeniu kamienic, kawiarni, rozmów, codziennego gwaru. Trzeba wiedzieć, kiedy miasto naprawdę oddycha: o jakiej porze, w jakim świetle, przy jakim natężeniu ruchu. Wtedy aparat (a często także kamera filmowa) ląduje na statywie, a ja czekam. Na moment. Na ruch przed obiektywem. Dosłownie.

    I wtedy Jelenia Góra zaczyna tętnić życiem w moim kadrze.

    Oczywiście takie obrazy nie powstają o szóstej rano, podczas trzaskającego mrozu, ulewnego deszczu czy upału, gdy wszyscy kryjemy się w chłodnych mieszkaniach. Fotografia — zwłaszcza miejska — wymaga cierpliwości i wyboru chwili. To nie zapis wszystkiego, lecz świadome wyłuskanie tego, co istotne.

    Ten tekst i te zdjęcia dedykuję miłośnikom Jeleniej Góry.
    Ale są one również odpowiedzią na głosy malkontentów, trolli i hejterów, którzy z uporem komentują w mediach społecznościowych: „pustki”, „wymarłe miasto”, „beznadzieja”, „Jelenia-dziura”, „puste ulice”.

    Nie mnie oceniać cudze opinie.

    Ja fotografuję ku pokrzepieniu serc. Widzę ludzi. Widzę piękne miasto. Widzę miejsce, w którym żyję od dzieciństwa. Podziwiam ten zakątek Dolnego Śląska i kocham go bezgranicznie — jak każdy, kto się tutaj urodził i kto naprawdę patrzy.

  • Ulica Długa – wtedy i dziś

    Ulica Długa – wtedy i dziś

    Jelenia Góra. Wrzesień 1987

    Fotografia archiwalna została wykonana przeze mnie w 1987 roku – jako zwykłego przechodnia, mieszkańca Jeleniej Góry, który znalazł się w tym miejscu z aparatem fotograficznym. Nie powstała ona z myślą o dokumentowaniu przyczyn katastrofy ani jako materiał badawczy. Jest zapisem chwili, obrazu, który wtedy zobaczyłem i który pozostał w pamięci oraz na fotograficznej odbitce.

    W latach 80. XX wieku (i wcześniej) znaczna część zabudowy śródmieścia Jeleniej Góry znajdowała się w złym stanie technicznym. Zaniedbane kamienice, brak systematycznych remontów oraz wieloletnie użytkowanie bez odpowiedniej konserwacji sprawiały, że niektóre z nich stopniowo znikały z miejskiego krajobrazu. Zawalenie kamienicy przy ul. Długiej stało się jednym z najbardziej poruszających obrazów tamtego czasu.

    Przenikanie (fade) – „wtedy ↔ dziś”

    Delikatne przenikanie (fade) – „wtedy ↔ dziś”
    Płynne przejście od fotografii archiwalnej do współczesnego ujęcia, dopasowane kadrowo i wysokościowo. Aby jeszcze raz zobaczyć efekt fade odśwież stronę

    Nie wracam do tego wydarzenia jako historyk ani specjalista od budownictwa. Wracam jako świadek epoki – jeleniogórzanin, który obserwował, jak miasto w tamtych latach powoli traciło swoją substancję architektoniczną.

    Współczesna fotografia tego samego miejsca pokazuje zupełnie inny obraz. Po przemianach ustrojowych zapoczątkowanych po 1989 roku Jelenia Góra zaczęła stopniowo odzyskiwać swój historyczny charakter. Kamienice zostały odnowione, przestrzeń miejska uporządkowana, a miasto – na nowo wpisane w europejski standard urbanistyczny.

    Prezentowane zestawienie „wtedy i dziś” nie jest analizą ani oceną. Jest osobistą fotorelacją – zapisem przemijania, ale też odrodzenia miasta.

    Autor fotografii i opracowania:
    Michał Rażniewski

  • Sen o śniegu

    Sen o śniegu

    Miałem sen.
    Widziałem śnieg.

    Widziałem trasy równe jak stół.
    Patrzyłem na Kaprun z wysokości lodowca i patrzyłem w dal.
    Byłem bezgranicznie szczęśliwy.

    Czułem się wolny od trosk.
    Wszędzie było biało.
    Biało, biało, biało.
    Tu zawsze jest śnieg.

    Jadę kolejką na szczyt.
    Jadę jak chcę i kiedy chcę.
    Patrzę na alpejskie szczyty – ostatni raz, tak mi się śni.
    I trochę żałuję, że to ostatni raz.
    Ale jednocześnie cieszę się, że to właśnie ten moment jest mój.

    Bo ta chwila pozwala zapamiętać przestrzeń.
    Te alpejskie szczyty.
    Te wrażenia.

    Wiem, że to wszystko zostanie ze mną już na zawsze.
    Nawet gdy się obudzę – ten widok wciąż będzie przed oczami.
    Bo wystarczy je zamknąć.
    Zamykam oczy… i nadal tam jestem.
    W Alpach.

    Czy to coś złego, że tak często wracam do przeszłości?
    Do gór.
    Do śniegu.
    Do szumu wiatru.

    Do rozmowy z nartami.
    Sprzęt był niezawodny –
    na lodzie trzymał pewnie,
    a w puchu dawał rozkoszne poczucie wolności i radości.

    Było słońce.
    Alpejskie słońce.
    Lazurowe niebo.

    I byli koledzy.
    Instruktorzy.
    Wielu z nich nie ma już wśród nas.
    Pamiętam wszystkich.

    Razem wstawaliśmy.
    Śniadanie.
    Pakowanie.
    Wjazd kolejką.

    Tam była cisza.
    Tylko lekkie stuki przy mijaniu kolejnych podpór wyciągu.
    Prawie nikt nie rozmawiał.
    Patrzyliśmy przez okno na góry.

    Cudowne góry.

    Nie chcieliśmy mówić,
    bo trzeba było nasycić się krajobrazem.
    Zapamiętać tyle,
    żeby wystarczyło do końca życia.

    A może to już ostatni wjazd?
    Ostatni zjazd w Alpach, które tak pokochałem?

    Okazało się, że tak.
    To był ostatni wjazd.
    I ostatni zjazd.

    W miejscu, które wraca do mnie w snach.
    Zawsze.


    Ten tekst powstał z pamięci, snów i tęsknoty.
    Powstaje także dzięki pracy nad obrazami i montażami, które pomagają mi wracać do miejsc i chwil, jakie już nie wrócą fizycznie – ale żyją we mnie nadal.
    Zdjęcia oddają moje wspomnienia. Są jak żywe.

  • Ocalić od zapomnienia

    Ocalić od zapomnienia
    ,

    Są miejsca, do których nie trzeba daleko jechać. Wystarczy wyjść z domu. Zatrzymać się na chwilę. Spojrzeć uważnie.

    Mieszkam w Jeleniej Górze. To stąd od lat wyruszam w drogę — czasem długą, czasem bardzo krótką. Zawsze z aparatem. Często z kamerą. Bo obraz potrafi zatrzymać czas.

    Obrazy zostały znalezione w drodze. Słowa przyszły później.

    Zdjęcia, montaż i tekst: Michał Rażniewski

    Głos, który słyszysz, to ten sam, który patrzył.

Powrót na górę