Stanisław Rażniewski

Zawiłość losów i działań
Próba podsumowania drogi – refleksje pedagoga, trenera i społecznika sportu

Zawiłość losów i działań – osobistych i instytucjonalnych – w dziedzinie wychowania, kultury fizycznej, sportu, rekreacji i higieny życia jest tak wielka, a zarazem fascynująca ciągiem zjawisk i faktów minionego trzydziestolecia, że ich adekwatne opisanie, czy choćby pobieżne wspomnienie, jest zadaniem niezwykle trudnym. Zbyt poważnym, by udało się spełnić w pełni oczekiwania czytelnika jubileuszowego wydawnictwa.

Moje retrospektywne refleksje dotyczące biegu spraw i wybranej, zasłużonej uczelni piszę z pozycji niespokojnego, trudnego wychowanka, który do dziś nie zdołał spełnić wszystkich marzeń swego czynnego życia i pracy zawodowej. Człowieka, któremu przypadło w udziale wykonać wiele zadań znaczących, lecz etapowych, peryferyjnych i specjalistycznych. Wszystkie one jednak koncentrowały się wokół jednego pasjonującego, humanistycznego i biologicznego tematu: człowieka i jego cielesnej oraz psychomotorycznej osobowości egzystencjalnej – jego wychowania i przetrwania w wieku ogromnego skoku technicznego, cywilizacyjnego i kulturowego ludzkości, w epoce wojen i przemian o światowym zasięgu.

Powstanie naszej uczelni było skutkiem ciekawych i ważkich poczynań ludzi oraz społeczności. Dynamizm i entuzjazm pracy owych dwudziestu tysięcy wrocławiaków, którzy jesienią 1945 roku dali zaczyn budowie sportu na Dolnym Śląsku, do dziś owocują trwałymi osiągnięciami. Uczelnia była w sercach młodych ludzi spragnionych po wojennej zawierusze spokoju, przyzwoitych warunków do pracy, możliwości zdobywania wiedzy oraz barwnego studenckiego życia.

Przybywali z różnych miejsc i czasów, niosąc z jednej strony brzemię wojennych przeżyć i cierpień, z drugiej – nadzieję i wiarę w dobrą przyszłość. W zakątku Wrocławia, u zbiegu ulic Vitellona i Banacha, pracowały setki, a czasem tysiące ludzi. W kręgu spotkań lat 1946–1947 tworzyli nową rzeczywistość szkoły młodzież i profesorowie pochodzący z najrozmaitszych środowisk – nauczyciele wychowania fizycznego, naukowcy, pracownicy fizyczni i umysłowi, studenci… Studenci AWF. Jakież bogactwo typów i charakterów!

Wszystkich – od założycieli, z Andrzejem Klisieckim na czele, po najmłodszych pierwszoroczniaków – łączyło umiłowanie sportu. Zadania i cele były jasne, choć niełatwe. Ogrom wieloletniej pracy piętrzył się szczególnie przed tymi, którzy wybrali trudny zawód wychowawcy dzieci i młodzieży.

Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu, a w ich strukturach Wydział Lekarski i Wydział Weterynarii, mają szczególne zasługi w tworzeniu Studium Wychowania Fizycznego. Studium z nich wyrosło i do 1951 roku było ich integralną częścią. Od pierwszej chwili dążyło jednak do uzyskania autonomii i prestiżu naukowego. Założyciele od początku wyrażali wolę stworzenia uczelni wychowania fizycznego z prawdziwego zdarzenia – i, jak się później okazało, dopięli swego. Rzeczywistość przerosła nawet ich oczekiwania.

Etapy moich studiów wyrażają się dwoma indeksami: studenta medycyny na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu i Politechniki oraz Studium Wychowania Fizycznego. Ten związek tematyczny narodził się 21 sierpnia 1945 roku i trwa do dziś. Czy jadąc pamiętnego lata zdemobilizowaną ciężarówką „Dodge” z ekipą Uniwersytetu Jagiellońskiego do nieznanego Wrocławia mogłem przewidzieć bieg wydarzeń swego dolnośląskiego trzydziestolecia? Raczej nie.

Wyjazd był przypadkowy. Spowodował go Tadeusz Owiński, którego spotkałem na skrzyżowaniu w Modrzejowie koło Niwki. Wysiadł na chwilę z ciężarówki pełnej asystentów i profesorów, a idąc na pocztę natknął się na mnie. Nie musiał długo przekonywać. Dostałem dwadzieścia minut na spakowanie rzeczy – i już tłoczyłem się na drewnianej ławce auta w tym szacownym gronie.

Zaczynałem jako młodszy asystent i pracownik sekretariatu Wydziału Lekarskiego. Początki przyniosły nowe kontakty i przyjaźnie. Niezapomniani pozostali: Ludwik Hirszfeld, Tadeusz Baranowski, Andrzej Klisiecki, Anna Targońska, Marietta Szmidt, Hugo Steinhaus i Van de Knty. Hotel „Miruss”, staż akademicki, praca urzędnika dziekanatu, zakładanie i działalność w AZS – był to czas intensywnego zdobywania wiedzy i kształtowania własnej osobowości.

Zrodził się wówczas aktywista sportu akademickiego, który pierwsze szlify zdobywał jeszcze w przedwojennym AKS Niwka, a po wojnie w Lechii Mysłowice. Duży wpływ na moją edukację miało grono wspaniałych ludzi z wrocławskiego AZS‑u: Dionizy Smoleński, Stanisław Kulczyński, Mieczysław Cena, Józef Kauffman‑Pstrokoński, Stanisław Iwankiewicz.

Miałem dobry start jako student medycyny, lubiany przez profesorów i kolegów. Zabrakło mi jednak w pewnym momencie wytrwałości i uporu. Trzy podejścia do anatomii, trudności ze specyficznym zapamiętywaniem materiału – i porażka. Bardzo przeżyłem dramat spalenia mostów po blisko trzech latach studiów medycznych. Zawiodłem niektórych ludzi tamtych lat.

Sport akademicki poprowadził mnie jednak wprost do murów Studium Wychowania Fizycznego. Choć nie byłem „orłem” sprawności ruchowej, z sentymentem wspominam zajęcia praktyczne na tej uczelni. Działałem także w Kole Studentów SWF, pełniąc przez pewien czas funkcję prezesa. Brałem udział we wszystkich możliwych imprezach i zajęciach poza murami szkoły.

Nie sposób zapomnieć o zajęciach, treningach i pracy społecznej na obozach w Złocieńcu i Zieleńcu. Tam nasi mentorzy robili z nas ludzi – wielcy naszego świata: Antoni Szymański, Jan Fazanowicz, Balcer, Górny, Ulatowski, Stawczyk, Winert, Skrodzki, Berezecki i inni. Pomagali nam zdobywać szlify nauczycieli, wychowawców i instruktorów.

Szczególnie zapamiętałem postać profesora Antoniego Szymańskiego – szczupłego, wysportowanego, niezwykle lubianego przez studentów. Pod jego doświadczonym okiem wyrastaliśmy na wuefistów, trenerów i działaczy. Do dziś z wdzięcznością i szacunkiem wspominamy naszych wychowawców, którzy mobilizowali nas, edukowali i wskazywali drogę. Podejmowaliśmy wyznaczone zadania świadomi odpowiedzialności – już wtedy przygotowywaliśmy się do przekazania tej wiedzy kolejnemu pokoleniu.

Były to czasy pionierskie. Powstawały podwaliny turystyki i sportu w powojennym, spragnionym normalności świecie. Byliśmy świadkami tworzenia uczelni, która dziś należy do czołówki w kraju. Z satysfakcją można powiedzieć, że AWF i jej promotorzy wykształcili wielotysięczną rzeszę naukowców, dydaktyków, organizatorów i specjalistów różnych dziedzin kultury fizycznej. Wielu absolwentów sprawdziło się w praktycznym działaniu na Dolnym Śląsku – organizowali bazę, budowali obiekty sportowe, zakładali kluby. W wyniku wieloletnich starań doprowadzono także do powstania filii AWF w Jeleniej Górze.

Życie codziennie weryfikuje uczelnię i jej absolwentów. Widoczne gołym okiem skutki działań animatorów sportu są przedmiotem analiz i publikacji medialnych. Ocenia się wyniki sportu wyczynowego, ale także działania na rzecz upowszechniania kultury fizycznej i dostępności obiektów sportowych. Istnieje pozytywna presja społeczna, skłaniająca do efektywnej pracy i troski o zdrowie dzieci, młodzieży i dorosłych.

Profilaktyka pozostaje celem nadrzędnym – i w tej dziedzinie zrobiliśmy wiele. Cieszymy się z postępu, lecz przestrzegam przed nadmiernym optymizmem. Ulegają bowiem zachwianiu proporcje między wysokim poziomem pracy uczelni a poziomem działań praktyków terenowych. Jest ich wciąż zbyt mało. Kontynuacja ścisłego wiązania nauki z praktyką wydaje się szczególnie ważna, zwłaszcza na obszarach peryferyjnych.

Marzę o wdrożeniu spójnej, skutecznej strategii działania, prowadzącej do rzeczywistego usportowienia młodego pokolenia wchodzącego w XXI wiek. O takich działaniach i argumentach, które sprawią, że młodzi ludzie uznają higienę życia, ruch i systematyczny wysiłek fizyczny za priorytet.

Kończę te refleksje optymistycznym akcentem – pozostaję bowiem upartym optymistą. Wierzę, że nauczyciele wychowania fizycznego i trenerzy‑specjaliści nie zagubią się w gąszczu biurokratycznych obowiązków, że zostaną wykorzystani do działań merytorycznych: nauczania i wychowania przez sport. Wierzę również, że zostanie zahamowany exodus tych ludzi do innych zawodów – dziś spowodowany brakiem warunków pracy, niskimi zarobkami i niedocenieniem roli kultury fizycznej.

Cała nadzieja w tym, że decydenci przebudzą się z letargu i zaczną tworzyć mądre programy szkoleniowe – prowadzące z jednej strony do poprawy bazy sportowej i wyników olimpijskich, z drugiej zaś do powszechności kultury fizycznej i dostępności nowoczesnych obiektów sportowych dla wszystkich.

Stanisław Rażniewski

Powrót na górę