Sen o śniegu

Miałem sen.Widziałem śnieg. Widziałem trasy równe jak stół.Patrzyłem na Kaprun z wysokości lodowca i patrzyłem w dal.Byłem bezgranicznie szczęśliwy. Czułem się wolny od trosk.Wszędzie było biało.Biało, biało, biało.Tu zawsze jest…

Miałem sen.
Widziałem śnieg.

Widziałem trasy równe jak stół.
Patrzyłem na Kaprun z wysokości lodowca i patrzyłem w dal.
Byłem bezgranicznie szczęśliwy.

Czułem się wolny od trosk.
Wszędzie było biało.
Biało, biało, biało.
Tu zawsze jest śnieg.

Jadę kolejką na szczyt.
Jadę jak chcę i kiedy chcę.
Patrzę na alpejskie szczyty – ostatni raz, tak mi się śni.
I trochę żałuję, że to ostatni raz.
Ale jednocześnie cieszę się, że to właśnie ten moment jest mój.

Bo ta chwila pozwala zapamiętać przestrzeń.
Te alpejskie szczyty.
Te wrażenia.

Wiem, że to wszystko zostanie ze mną już na zawsze.
Nawet gdy się obudzę – ten widok wciąż będzie przed oczami.
Bo wystarczy je zamknąć.
Zamykam oczy… i nadal tam jestem.
W Alpach.

Czy to coś złego, że tak często wracam do przeszłości?
Do gór.
Do śniegu.
Do szumu wiatru.

Do rozmowy z nartami.
Sprzęt był niezawodny –
na lodzie trzymał pewnie,
a w puchu dawał rozkoszne poczucie wolności i radości.

Było słońce.
Alpejskie słońce.
Lazurowe niebo.

I byli koledzy.
Instruktorzy.
Wielu z nich nie ma już wśród nas.
Pamiętam wszystkich.

Razem wstawaliśmy.
Śniadanie.
Pakowanie.
Wjazd kolejką.

Tam była cisza.
Tylko lekkie stuki przy mijaniu kolejnych podpór wyciągu.
Prawie nikt nie rozmawiał.
Patrzyliśmy przez okno na góry.

Cudowne góry.

Nie chcieliśmy mówić,
bo trzeba było nasycić się krajobrazem.
Zapamiętać tyle,
żeby wystarczyło do końca życia.

A może to już ostatni wjazd?
Ostatni zjazd w Alpach, które tak pokochałem?

Okazało się, że tak.
To był ostatni wjazd.
I ostatni zjazd.

W miejscu, które wraca do mnie w snach.
Zawsze.


Ten tekst powstał z pamięci, snów i tęsknoty.
Powstaje także dzięki pracy nad obrazami i montażami, które pomagają mi wracać do miejsc i chwil, jakie już nie wrócą fizycznie – ale żyją we mnie nadal.
Zdjęcia oddają moje wspomnienia. Są jak żywe.

Powrót na górę