To zdjęcie — pierwotny, ręcznie składany montaż — powstało w „szopie”, z potrzeby serca i z uporu. Najpierw było filmowanie, potem mozolne wyodrębnianie sylwetek z tła i sklejanie ich w jedną sekwencję ruchu. Chodziło o jedno: pokazać śmig — jedną z kluczowych ewolucji narciarskich z Programu Nauczania SITN‑PZN — tak, by każda faza skrętu była czytelna.

Ilustracja śmigu (grafika na podstawie klatek filmowych z 2015 roku)
Ta potrzeba nie wzięła się znikąd. Jest we mnie od młodości. Wiosną, a czasem nawet latem, chodziłem piechotą wysoko w Karkonosze, na to, co sam nazywałem chwilodowcami — skrawki i łaty śniegu, pozostałości po zimie w żlebach i niszach niwalnych. Podejście, zjazd, kilkanaście skrętów — i znów podejście. Do utraty tchu. Do zmęczenia. A potem herbatka w schronisku i autobus do Jeleniej Góry, do domu.
To było narciarstwo „na podchodzeniu”. Surowe, wymagające, ale szczere. Każdy skręt miał znaczenie, bo był okupiony wysiłkiem. Każdy błąd bolał, bo trzeba było jeszcze raz wejść.
Po latach wróciłem do tej idei — już z kamerą. Autofilmowanie stało się narzędziem nauki. Na łatach ginącego, topniejącego śniegu na Łysej Górze rejestrowałem swoje śmigi, a potem analizowałem je klatka po klatce: pozycję, timing, pracę nóg, balans. Co poprawić w kolejnym skręcie? Czego jeszcze brakuje? Co można zrobić lepiej?
To były znakomite doświadczenia. Wymagały nie tylko kondycji i techniki, lecz także umiejętności… sfilmowania samego siebie. Odpowiedni kadr, tempo, linia przejazdu — wszystko musiało zagrać.
Podobne sesje realizowałem także w Alpach, przy okazji kursokonferencji instruktorów‑wykładowców. Bywało, że świadomie rezygnowałem z podjazdu kolejką, rezerwując sobie godzinę przerwy między obradami, by na podchodzeniu zarejestrować kilka czystych sekwencji śmigu. To właśnie z tych doświadczeń zrodziła się późniejsza potrzeba stworzenia montażu na tle Alp — jako symbolu drogi, jaką przeszedłem.
Dziś, po wielu latach autofilmowania, widzę jasno: to materiał bezcenny. Nie tylko szkoleniowo. To zapis drogi, pasji i konsekwencji. Dowód na to, że doskonalenie w narciarstwie nie polega na zaliczaniu kolejnych wyciągów, lecz na uważności, cierpliwości i gotowości do pracy nad sobą — nawet wtedy, gdy trzeba iść pod górę.
Bo właśnie tam, na podchodzeniu, zaczyna się prawdziwa technika.
Narciarska przygoda
Jak doskonalić się w narciarstwie
(wariant literacko-eseistyczny)
Narciarstwo uczy cierpliwości. Zwłaszcza wtedy, gdy zamiast wjechać kolejką, trzeba najpierw iść pod górę.
Zanim pojawiły się kamery sportowe i szybkie montaże, była tylko potrzeba zrozumienia ruchu. Filmowałem siebie, a potem — często w prowizorycznych warunkach — wycinałem z tła kolejne sylwetki, sklejając je w sekwencję skrętu. Nie dla efektu, lecz dla prawdy o technice.
Wiosną i latem chodziłem wysoko w góry, na resztki śniegu ukryte w karkonoskich żlebach. Chwilodowce — tak je nazywałem. Podejście, kilka skrętów, znów podejście. Zmęczenie było częścią nauki, a każdy śmig miał swoją wagę.
Po latach wróciłem do tego samego rytmu, już z kamerą. Na Łysej Górze, na ginących płatach śniegu, zapisywałem własną jazdę i analizowałem ją bez pośpiechu. Autofilmowanie stało się lustrem — bezlitosnym, ale uczciwym.
Podobnie było w Alpach. Podczas zajęć instruktorskich znajdowałem chwilę, by odejść od wyciągów i znów iść pod górę. Tylko po to, by sprawdzić, czy technika nadal jest żywa.
Dziś wiem, że te nagrania są czymś więcej niż materiałem szkoleniowym. Są zapisem drogi — dowodem, że prawdziwe doskonalenie w narciarstwie zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda. Tam, gdzie trzeba najpierw wejść, by potem wykonać jeden naprawdę świadomy skręt.