Niepokój, którego nie potrafię zignorować. Z przerażeniem patrzę na to, co dzieje się na ulicach Lwowa.
Ostatnie obrazy, na które trafiłem, głęboko mną wstrząsnęły. Widok tłumów młodych ludzi świętujących urodziny Stefana Bandery – postaci historycznej odpowiedzialnej za zbrodnie na ludności cywilnej, w tym kobietach i dzieciach – budzi we mnie nie tylko sprzeciw, ale autentyczny lęk.
Żyjemy w XXI wieku, w świecie, który tak wiele mówi o prawach człowieka, empatii i odpowiedzialności za słowo. Tymczasem na ulicach widać marsze, pochodnie i skandowane nazwiska ludzi, których działalność była oparta na nienawiści i przemocy. Dla nas, Polaków, to nie jest abstrakcyjna historia ani „różnica narracji” – to wciąż otwarta rana pamięci.
Szczególnie bolesne jest to, że tego typu demonstracje odbywają się dziś, w czasie wojny, gdy Ukraina ponosi ogromne ofiary. Zamiast refleksji i jednoczenia się wokół wartości, które mogłyby budować mosty, pojawia się gloryfikacja symboli dzielących i odczłowieczających.
Nie wierzę, że jest to głos całego narodu ukraińskiego. Wiem, że wielu ludzi myśli inaczej, że chce normalnego, bezpiecznego życia i uczciwego dialogu z sąsiadami. Tym bardziej jednak niepokoi mnie milczenie wobec radykalnych środowisk, które zawłaszczają przestrzeń publiczną.
Pamięć ofiar wymaga prawdy. A prawda wymaga odwagi – także tej, by powiedzieć „nie” własnym mitom.

