Kanada

Kanada, 1993 — przestrzeń, która zostaje w człowieku

Jedyną podróż do Ameryki Północnej odbyłem w 1993 roku. Zdjęcia, które z niej przywiozłem, przez długi czas traktowałem wyłącznie jako pamiątkę — zapis obecności w miejscach odległych, niemal mitycznych z perspektywy Europy początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś, po latach, wracam do nich z większą uważnością. Nie po to, by udowodnić, że „tam byłem”, lecz by spróbować jeszcze raz dotknąć tego, co wtedy widziałem i czułem.

Tamta podróż była krótka, intensywna i wypełniona ruchem. Aparat często schodził na drugi plan, bo ważniejsze było wałęsanie się — pieszo, na rowerze, na nartach — w przestrzeni, która przytłaczała swoją skalą. Fotografia była zapisem chwili, ale nie próbą jej zatrzymania. Dlatego dziś te zdjęcia są bardziej śladem niż opowieścią. Teraz dopiero próbuję ją dopisać.

Mieszkałem w niewielkiej miejscowości Red Deer, położonej w samym sercu Alberty. To miejsce szczególne: z jednej strony bezkres prerii, płaskiej jak stół, rozciągającej się po horyzont; z drugiej — głęboka dolina rzeki Red Deer, która nagle i niespodziewanie rozcina ten monotonny krajobraz. Wystarczyło kilka kilometrów jazdy rowerem, by z pozornej pustki wpaść w świat zupełnie inny: zakręty serpentyn prowadzące w dół kanionu, zbocza porośnięte drzewami, woda płynąca szerokim, spokojnym nurtem. Preria, która wydawała się jednowymiarowa, okazywała się pełna ukrytych pęknięć i tajemnic.

Pamiętam swoje zdumienie, gdy na zboczach tej doliny zobaczyłem… stację narciarską. W środku prerii. Dla kogoś, kto wówczas dopiero zaczynał poznawać świat, było to niemal niewiarygodne. Patrzyłem na to z zachwytem i niedowierzaniem — jakby krajobraz celowo igrał z moimi wyobrażeniami o geografii.

Rower był moim naturalnym środkiem poznawania tej ziemi. Codzienne wyprawy wokół Red Deer, dłuższe eskapady w stronę Calgary i Edmonton, a w końcu te najbardziej wyczekiwane — do Canmore i Banff. Trasa rowerowa między Canmore a Banff, poprowadzona u stóp Gór Skalistych, była doświadczeniem niemal inicjacyjnym. To był moment, gdy po raz pierwszy naprawdę przesiadłem się na rower górski i mogłem użyć go tam, gdzie został stworzony — w surowym, monumentalnym krajobrazie.

Banff i Park Narodowy Banff otworzyły przede mną zupełnie nowy wymiar gór. Góry Skaliste nie przypominały niczego, co znałem wcześniej. Wychowany w Karkonoszach, jeżdżący w Tatrach, Beskidach czy Górach Kaczawskich, sądziłem, że wiem, czym są góry. A jednak tutaj wszystko było większe: szczyty, doliny, rzeki, przestrzeń między nimi. Nawet cisza miała inną gęstość.

Kulminacją pobytu była jazda na nartach w Sunshine Village. Późna wiosna, miękki śnieg, długie, szerokie trasy ciągnące się kilometrami po zboczach otoczonych potężnymi szczytami. Jako instruktor narciarstwa byłem zachwycony — nie tylko trasami, ale samą skalą krajobrazu. Narciarze na stoku wydawali się drobnymi punktami, niemal niewidocznymi wobec monumentalnych gór, które ich otaczały. Było w tym coś pięknego, ale i niepokojącego.

Czułem jednocześnie szczęście i pokorę. Potęgę tych gór i swoją własną małość. A jednak — paradoksalnie — nie czułem się tam obco. Miałem wrażenie, że jestem częścią tej przestrzeni, że naturalnie w nią wrastam, choćby na chwilę. Jakby ta ogromna przyroda przyjmowała mnie bez pytań.

To doświadczenie — podobnie jak obrazy mojej małej Łysej Góry — wraca do mnie czasem w snach. Po latach szczegóły się zacierają, nazwy miejsc blakną, obrazy mieszają się ze sobą. Zostaje jednak coś ważniejszego: pamięć uczucia obcowania z przestrzenią większą niż ja sam. To było trzydzieści trzy lata temu. Piękny miesiąc mojego życia.

Dziś, poprawiając te stare zdjęcia, nie próbuję ich upiększać. Próbuję je usłyszeć jeszcze raz. I może dlatego warto je pokazać — nie jako dokument podróży, lecz jako ślad spotkania z miejscem, które na zawsze zostało we mnie.


Powrót na górę